Ugh. Awaria samochodu

Coś nie mam ostatnio szczęścia do motoryzacji. Najpierw moja „niebieska strzała” nawalilła dzień po powrocie z wakacji, a teraz – w trakcie powrotu ze szkolenia w Warszawie. O tyle dobrze że nie poległa jakoś strasznie daleko od domu, bo przynajmniej rachunek od pomocy drogowej (którą nota bene trzeba było ściągać z Bierunia, bo nikt w okolicach Siewierza nie miał czasu!) mnie nie zabił.

Swoją drogą, całkiem pozytywne było to, że kiedy stałam na poboczu z włączonymi awaryjnymi aż trzech kierowców (a raczej dwóch kierowców i kierowniczka) się zatrzymało i zapytało czy czasem nie trzeba pomóc. To bardzo budujące.

Co do samej pomocy – trafiło na pana Grzegorza, który maskuje się pod nazwą pomocy PHU Remigiusz. Niezły mindfuck, mówię Wam – przez połowę drogi mówiłam do niego per. Panie Remiku ;-). Odholowanie załatwił sprawnie i komfortowo – załapałam się nawet na herbatę z termosa za co dodatkowy plus  więc suma sumarum polecam.

A auto… no cóż. Zakup A-klasy chyba nie będzie najlepiej przeze mnie wspominaną decyzją w życiu. Teraz padł alternator (przy przebiegu niecałych 130 tysięcy kilometrów), a auto ma na koncie już awarię rozrusznika i pompy paliwa. Sporo jak na relatywnie nowe auto.

Mam nadzieję że Wam sie lepiej zaczął rok?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *